
Quotes - Jokes - Zitate - Witze
Erfahrung wird erst interessant, wenn sie sich zu wiederholen beginnt.
Elizabeth Bowen
Opóźniony lot i portfel, który sam się naładował
- klarikafoolish
-
Topic Author
- Offline
- Senior Member
-
Less
More
- Posts: 46
- Thank you received: 0
2 weeks 5 days ago #397382
by klarikafoolish
klarikafoolish created the topic: Opóźniony lot i portfel, który sam się naładował
Czekam na lot od pięciu godzin. Nie dlatego, że lubię podróżować – po prostu lecę na służbowy szkolenie do Gdańska, a tanie linie mają swój własny, niepisany rozkład. Najpierw opóźnienie godzina, potem dwie, potem komunikat, że "przepraszamy, ale samolot ma awarię". Siedzę na lotnisku Okęcie, walizka obok, kawa z automatu w dłoni. Wokół ludzie biegają, denerwują się, dzwonią do biur podróży. Ja mam to w dupie. I tak nie mam wpływu, a do Gdańska i tak muszę dojechać.
Z nudów zacząłem grzebać w telefonie. Przejrzałem Instagrama – nic. Facebook – nic. Nawet sprawdziłem pocztę, chociaż wiedziałem, że nic ważnego nie przyszło. I tak, scrollując, trafiłem na reklamę. Nie lubię reklam, normalnie przewijam. Ale ta miała nagłówek, który mnie zaciekawił: "Sprawdź, co potrafi twoja aplikacja". Kliknąłem, nie zastanawiając się. Przekierowało mnie na stronę, z której mogłem ściągnąć aplikacja vavada .
Zainstalowałem. Zajęło to tyle, co wzięcie kolejnego łyka kawy. Rejestracja poszła szybko – imię, nazwisko, potwierdzenie przez SMS. Nie musiałem nigdzie wysyłać skanów dowodu. Po prostu założyłem konto i mogłem zaczynać. Pomyślałem: "Lot i tak nie odleci, a ja zaraz oszaleję z tej nudy". Wrzuciłem stówkę. Kwota kontrolowana. Na raz.
Wybrałem automat z motywem wakacyjnym – plaża, palmy, drinki w ananasie. Zupełnie nie na pogodę za oknem, ale cóż. Kręcę pierwsze spiny. Nic. Drugie. Nic. Trzecie. Kilka złotych. Czwarte. Dwadzieścia. Jakoś leci. Nie porywało mnie to, ale zabijało czas. A na lotnisku czas ciągnie się jak flaki z olejem.
Nagle, przy którymś spinie, ekran się rozświetlił. Symbole ułożyły się w trzy palmy kokosowe. I wtedy zaczęła się zabawa. Automat włączył rundę bonusową – darmowe spiny z mnożnikiem. Licznik wskakiwał coraz wyżej. Patrzę, a tam 100 zł, 200 zł, 400 zł. Nie oddychałem. Wokół mnie ludzie biegali do bramek, słychać było komunikaty o innych lotach, a ja siedziałem na plastikowym krześle i patrzyłem jak saldo rośnie. 800 zł. 950 zł. Zatrzymało się na 1350 złotych.
Trzynaście stów. W godzinę. Na lotnisku. Między kawą a komunikatem o awarii samolotu. Siedziałem i patrzyłem na ekran jak idiota. Nawet nie kliknąłem od razu "wypłać", bo bałem się, że to sen. Odświeżyłem aplikację. Dalej to samo. Kliknąłem. Transfer na kartę poszedł w minutę. Pieniądze były na koncie. Prawdziwe.
Zadzwoniłem do żony. "Lot opóźniony, ale jest dobra wiadomość" – powiedziałem. Opowiedziałem jej wszystko. Nie uwierzyła. Musiałem wysłać zrzut ekranu. "To niemożliwe" – napisała. "Ni***" – odpowiedziałem. Ale to była prawda.
Samolot w końcu odleciał. Spóźniony o siedem godzin. W Gdańsku byłem o 2 w nocy, zamiast o 19. Ale w ogóle mnie to nie obchodziło. W głowie miałem tylko jedną myśl: "Kupiłem ten prezent na rocznicę, który odkładaliśmy od trzech miesięcy". I tak zrobiłem. Następnego dnia po szkoleniu wstąpiłem do jubilera. Kupiłem żonie złoty naszyjnik, na który patrzyła w galerii. Normalnie bym nie wydał tyle. Ale to nie były normalne pieniądze. To były pieniądze z opóźnionego lotu. Pieniądze z nudy. Pieniądze z przypadku.
Przez kilka dni po powrocie chodziłem dumny. Każdego ranka, gdy żona zakładała ten naszyjnik, uśmiechałem się do siebie. A ona mówiła: "Dziękuję, kochanie. To najpiękniejszy prezent". I nie wiedziała, że właściwie to powinnam podziękować aplikacji na telefonie. Ale nie mówiłem. Bo nie o to chodzi.
Oczywiście, później próbowałem szczęścia jeszcze dwa razy. Raz w domu, wieczorem, przy piwie. Wrzuciłem stówkę, pograłem. Przegrałem. Drugi raz w podróży służbowej do Wrocławia, na dworcu. Znowu stówka. Znowu przegrana. Ale nie żałowałem. Bo tamten jeden raz – ten na Okęciu, między kawą a awarią samolotu – był tym jedynym. I nie da się go powtórzyć. Nie da się kupić tego samego uczucia, gdy patrzysz na ekran i widzisz, że głupi przypadek akurat stanął po twojej stronie.
Do dziś mam tę aplikacja vavada w telefonie. Nie używam jej często. Raz na jakiś czas, gdy czekam w kolejce albo się nudzę, odpalę, wrzucę symboliczną kwotę. I przegrywam. Ale wtedy myślę o tym naszyjniku, o tym locie, o tych pięciu godzinach, które okazały się najlepszymi pięcioma godzinami mojego miesiąca. I wiem, że to się nie powtórzy. I to jest w porządku. Bo raz wystarczy.
Z nudów zacząłem grzebać w telefonie. Przejrzałem Instagrama – nic. Facebook – nic. Nawet sprawdziłem pocztę, chociaż wiedziałem, że nic ważnego nie przyszło. I tak, scrollując, trafiłem na reklamę. Nie lubię reklam, normalnie przewijam. Ale ta miała nagłówek, który mnie zaciekawił: "Sprawdź, co potrafi twoja aplikacja". Kliknąłem, nie zastanawiając się. Przekierowało mnie na stronę, z której mogłem ściągnąć aplikacja vavada .
Zainstalowałem. Zajęło to tyle, co wzięcie kolejnego łyka kawy. Rejestracja poszła szybko – imię, nazwisko, potwierdzenie przez SMS. Nie musiałem nigdzie wysyłać skanów dowodu. Po prostu założyłem konto i mogłem zaczynać. Pomyślałem: "Lot i tak nie odleci, a ja zaraz oszaleję z tej nudy". Wrzuciłem stówkę. Kwota kontrolowana. Na raz.
Wybrałem automat z motywem wakacyjnym – plaża, palmy, drinki w ananasie. Zupełnie nie na pogodę za oknem, ale cóż. Kręcę pierwsze spiny. Nic. Drugie. Nic. Trzecie. Kilka złotych. Czwarte. Dwadzieścia. Jakoś leci. Nie porywało mnie to, ale zabijało czas. A na lotnisku czas ciągnie się jak flaki z olejem.
Nagle, przy którymś spinie, ekran się rozświetlił. Symbole ułożyły się w trzy palmy kokosowe. I wtedy zaczęła się zabawa. Automat włączył rundę bonusową – darmowe spiny z mnożnikiem. Licznik wskakiwał coraz wyżej. Patrzę, a tam 100 zł, 200 zł, 400 zł. Nie oddychałem. Wokół mnie ludzie biegali do bramek, słychać było komunikaty o innych lotach, a ja siedziałem na plastikowym krześle i patrzyłem jak saldo rośnie. 800 zł. 950 zł. Zatrzymało się na 1350 złotych.
Trzynaście stów. W godzinę. Na lotnisku. Między kawą a komunikatem o awarii samolotu. Siedziałem i patrzyłem na ekran jak idiota. Nawet nie kliknąłem od razu "wypłać", bo bałem się, że to sen. Odświeżyłem aplikację. Dalej to samo. Kliknąłem. Transfer na kartę poszedł w minutę. Pieniądze były na koncie. Prawdziwe.
Zadzwoniłem do żony. "Lot opóźniony, ale jest dobra wiadomość" – powiedziałem. Opowiedziałem jej wszystko. Nie uwierzyła. Musiałem wysłać zrzut ekranu. "To niemożliwe" – napisała. "Ni***" – odpowiedziałem. Ale to była prawda.
Samolot w końcu odleciał. Spóźniony o siedem godzin. W Gdańsku byłem o 2 w nocy, zamiast o 19. Ale w ogóle mnie to nie obchodziło. W głowie miałem tylko jedną myśl: "Kupiłem ten prezent na rocznicę, który odkładaliśmy od trzech miesięcy". I tak zrobiłem. Następnego dnia po szkoleniu wstąpiłem do jubilera. Kupiłem żonie złoty naszyjnik, na który patrzyła w galerii. Normalnie bym nie wydał tyle. Ale to nie były normalne pieniądze. To były pieniądze z opóźnionego lotu. Pieniądze z nudy. Pieniądze z przypadku.
Przez kilka dni po powrocie chodziłem dumny. Każdego ranka, gdy żona zakładała ten naszyjnik, uśmiechałem się do siebie. A ona mówiła: "Dziękuję, kochanie. To najpiękniejszy prezent". I nie wiedziała, że właściwie to powinnam podziękować aplikacji na telefonie. Ale nie mówiłem. Bo nie o to chodzi.
Oczywiście, później próbowałem szczęścia jeszcze dwa razy. Raz w domu, wieczorem, przy piwie. Wrzuciłem stówkę, pograłem. Przegrałem. Drugi raz w podróży służbowej do Wrocławia, na dworcu. Znowu stówka. Znowu przegrana. Ale nie żałowałem. Bo tamten jeden raz – ten na Okęciu, między kawą a awarią samolotu – był tym jedynym. I nie da się go powtórzyć. Nie da się kupić tego samego uczucia, gdy patrzysz na ekran i widzisz, że głupi przypadek akurat stanął po twojej stronie.
Do dziś mam tę aplikacja vavada w telefonie. Nie używam jej często. Raz na jakiś czas, gdy czekam w kolejce albo się nudzę, odpalę, wrzucę symboliczną kwotę. I przegrywam. Ale wtedy myślę o tym naszyjniku, o tym locie, o tych pięciu godzinach, które okazały się najlepszymi pięcioma godzinami mojego miesiąca. I wiem, że to się nie powtórzy. I to jest w porządku. Bo raz wystarczy.
Please Log in or Create an account to join the conversation.
Time to create page: 0.078 seconds
- You are here:
-
Home
-
Forum
-
Main Forum
-
Suggestion Box
- Opóźniony lot i portfel, który sam się naładował